Strona główna arrow Czytelnia arrow Kwestie moralne arrow Czy oszukujemy naturę?
Czy oszukujemy naturę? PDF Drukuj Email

W dyskusjach na temat relacji antykoncepcji do naturalnego rozpoznawania płodności podnoszony jest często argument, jakoby nie było jakościowej, a co za tym idzie moralnej różnicy pomiędzy zbliżeniem z użyciem na przykład prezerwatywy i wykorzystywaniem na współżycie czasu niepłodności, gdyż i w jednym, i w drugim przypadku oszukujemy naturę, zaś cel działania jest taki sam: uniknięcie poczęcia. Takie rozumowanie ma w efekcie dowieść hipokryzji i niekonsekwencji zwolenników „metod naturalnych”.

Argument, choć wysuwany najczęściej przez osoby pragnące usprawiedliwić własne zagubienie, wydaje się istotny i należałby rozważyć go bardziej wnikliwie. Zapytajmy zatem, na czym miałoby polegać owo „oszukiwanie natury” poprzez świadome unikanie zbliżeń w okresie okołoowulacyjnym. Otóż odwracając sytuację, należałoby stwierdzić, iż logicznie rzecz biorąc, podążanie za naturą czy też uczciwe do niej odniesienie musiałoby w takim razie polegać na współżyciu wyłącznie w okresach potencjalnej płodności (realizowalibyśmy wtedy w niczym niezakłócony sposób dążenie natury do podtrzymania gatunku) lub też na podejmowaniu spontanicznych zbliżeń bez diagnozowania aktualnego stanu płodności (wówczas część z nich byłaby naturalnie bezpłodna, inne zaś – ale bez naszej wiedzy – mogłyby doprowadzić do poczęcia). Człowiek nie różniłby się wówczas w swych zachowaniach seksualnych od wielu gatunków zwierząt, żyjąc na poziomie naturalności instynktownej.

Jednakże w różnych dziedzinach naszego życia godzimy się na to, by świadome akty woli ograniczały czy też regulowały zachowania instynktowne: jesteśmy na przykład w stanie powstrzymać się od aktu agresji, od załatwienia w miejscu publicznym naturalnej i uzasadnionej potrzeby fizjologicznej, możemy nawet odłożyć na później zaspokojenie głodu. Dlaczego zatem w podobnym świadomym akcie woli w dziedzinie seksualnej chcą niektórzy widzieć etycznie podejrzane oszustwo wobec natury.

Natura i kultura

Zasygnalizowany na wstępie pogląd sugeruje jakieś abstrakcyjne pojmowanie pojęcia natury jako swoistej uniwersalnej matrycy czy wzorca, pojmowanie oderwane od istoty człowieka, tak jakby nie był on owej natury częścią — i to częścią szczególnie przez nią wyposażoną. Dlaczego mielibyśmy uznawać za nienaturalną zdolność człowieka do działania roztropnego, polegającego na odpowiedzialnym podejmowaniu decyzji w tak kluczowej kwestii, jak powołanie do życia potomstwa lub powstrzymanie się od zachowania mogącego skutkować poczęciem, gdy są uzasadnione ku temu powody? Owszem, moglibyśmy mówić o „oszukaniu natury”, ale dopiero wtedy, gdyby małżonkowie z premedytacją i konsekwentnie przez całe życie nie podejmowali w ogóle zbliżeń w czasie płodnym. Jednak nietrudno dojść do wniosku, że byłoby to zarazem przede wszystkim oszukanie samych siebie i postępowanie według dziecinnej zasady: „na złość mamie odmrożę sobie uszy”; jednocześnie należałoby zapytać o sens takiego małżeństwa.

Gdy pytamy o naturalność zachowywania okresowej wstrzemięźliwości seksualnej, to oczywiste wydaje się, że jeśli nie chcemy jakiegoś skutku, to w miarę naszych możliwości unikamy przyczyny, która go rodzi i w całej naturze jest to mechanizm powszechnie obowiązujący. Powie ktoś jednak, że zastosowanie prezerwatywy również wpisuje się w taką logikę, przy czym inna jest jedynie metoda uniknięcia owej przyczyny; co więcej: wydaje się nawet bardziej godne podkreślenia, że człowiek wykorzystuje swą pomysłowość, wynalazczość oraz zdobycze postępu cywilizacyjnego — podobnie jak na przykład chroni się przed zimnem, ubierając rękawice, szalik i czapkę.

Jednak podczas gdy ciepłe ubranie zapobiega zgubnemu na dłuższą metę wychłodzeniu organizmu i dajmy na to przeziębieniu, czyli obiektywnie rzecz biorąc złemu skutkowi, to nie możemy na tej samej płaszczyźnie stawiać poczęcia dziecka, widząc je jako analogiczny „zły skutek” działania seksualnego, przed którym mamy prawo skutecznie się zabezpieczyć. To nie samo zrodzenie nowego człowieka jest złem — zło tkwi w zewnętrznych, społecznych okolicznościach, w jakie ten człowiek zostaje wprowadzony: choroba, bieda, patologia, niedojrzałość, brak miłości. Złudny jest pogląd, że niedostatki życia społecznego mogą zostać usunięte czy choćby złagodzone poprzez unikanie rodzenia dzieci.

Użycia prezerwatywy nie da się uznać, uczciwie rzecz biorąc, za unikanie właściwej przyczyny rodzącej skutek, gdyż naprawdę przyczyną tą jest podjęcie aktywności seksualnej zmierzającej do pełnego zbliżenia. Prezerwatywa ma jedynie zapobiec naturalnym i oczywistym konsekwencjom naszego działania, będąc swoistą „protezą” aktu woli, a przyzwyczajenie się do takiej „protezy” może być już niebezpieczne, bowiem zamiast ćwiczyć wolę, godzimy się na jej stopniowy uwiąd, co skutkuje negatywnie w różnych dziedzinach naszego życia i nie służy prawdziwej miłości, na której opierają się małżeństwo i rodzina.

O istotnym znaczeniu samoopanowania pisał papież Paweł VI w encyklice Humanae vitae:

„Etycznie poprawna regulacja poczęć tego najpierw od małżonków wymaga, aby w pełni uznawali i doceniali prawdziwe wartości życia i rodziny oraz by nauczyli się doskonale panować nad sobą i nad swymi popędami. Nie ulega żadnej wątpliwości, że rozumne i wolne kierowanie popędami wymaga ascezy, ażeby znaki miłości, właściwe dla życia małżeńskiego, zgodne były z etycznym porządkiem, co konieczne jest zwłaszcza dla zachowania okresowej wstrzemięźliwości. Jednakże to opanowanie, w którym przejawia się czystość małżeńska, nie tylko nie przynosi szkody miłości małżeńskiej, lecz wyposaża ją w nowe ludzkie wartości. Wymaga ono wprawdzie stałego wysiłku, ale dzięki jego dobroczynnemu wpływowi małżonkowie rozwijają w sposób pełny swoją osobowość, wzbogacając się o wartości duchowe. Opanowanie to przynosi życiu rodzinnemu obfite owoce w postaci harmonii i pokoju oraz pomaga w przezwyciężaniu innych jeszcze trudności; sprzyja trosce o współmałżonka i budzi dla niego szacunek, pomaga także małżonkom wyzbyć się egoizmu, sprzeciwiającego się prawdziwej miłości, oraz wzmacnia w nich poczucie odpowiedzialności. A wreszcie dzięki opanowaniu siebie rodzice uzyskują głębszy i skuteczniejszy wpływ wychowawczy na potomstwo; wtedy dzieci i młodzież dorastając właściwie oceniają prawdziwe, ludzkie wartości i spokojnie oraz prawidłowo rozwijają swoje duchowe i fizyczne siły.”

Nie tylko fizjologia

Na koniec zatrzymajmy się przy jeszcze jednej kwestii. O ile w przypadku antykoncepcji hormonalnej możemy wskazywać na jej szkodliwe działania uboczne lub na mechanizmy antynidacyjne (uniemożliwienie zarodkowi zagnieżdżenia się w macicy), o tyle prezerwatywa wydaje się środkiem na tyle nieinwazyjnym, że trudno w jej przypadku uznać argumenty tego rodzaju za rozstrzygające. Bywa więc (choć wielu wyda się to absurdalne), że nawet małżeństwa prowadzące obserwacje cyklu i wyznaczające okresy płodności i niepłodności korzystają z tego środka „dla większej pewności” w fazie niepłodnej lub aby ominąć wymóg okresowej wstrzemięźliwości. Wielu osobom trudno zdobyć się na pełne przekonanie co do słuszności zakazu używania prezerwatywy, co skrzętnie wykorzystuje lobby antykoncepcyjne, wywołując co jakiś czas temat rzekomego rychłego uznania przez Kościół katolicki użycia tego środka barierowego za godziwe.

Nie wchodząc w wszechstronną analizę tego problemu, skoncentrujmy się tylko na pewnym jego aspekcie. Ograniczenie refleksji o ewentualnej szkodliwości antykoncepcji (w tym także prezerwatywy) do skutków fizjologicznych znacznie zawęża spojrzenie na człowieka, który nie tylko sam jest istotą psychofizyczną, ale również poprzez swoje wybory stwarza konkretne środowisko społeczne, a uczciwy osąd tej rzeczywistości każe przyznać rację wyrażonym przed prawie czterdziestu laty obawom Pawła VI:

„Uczciwi ludzie mogą nabrać jeszcze mocniejszego przekonania o tym, jak bardzo uzasadniona jest nauka, którą Kościół w tej dziedzinie głosi, jeśli zwrócą uwagę na następstwa, do jakich prowadzi przyjęcie środków i metod sztucznego ograniczania urodzeń. Niech uprzytomnią sobie przede wszystkim, jak bardzo tego rodzaju postępowanie otwiera szeroką i łatwą drogę zarówno niewierności małżeńskiej, jak i ogólnemu upadkowi obyczajów. Nie trzeba też długiego doświadczenia, by zdać sobie sprawę ze słabości ludzkiej i zrozumieć, że ludzi - zwłaszcza młodych, tak bardzo podatnych na wpływy namiętności - potrzeba raczej pobudzać do zachowania prawa moralnego, a przeto wprost niegodziwością jest ułatwiać im samo naruszanie tego prawa. Należy również obawiać się i tego, że mężczyźni, przyzwyczaiwszy się do stosowania praktyk antykoncepcyjnych, zatracą szacunek dla kobiet i lekceważąc ich psychofizyczną równowagę, sprowadzą je do roli narzędzia, służącego zaspokajaniu swojej egoistycznej żądzy, a w konsekwencji przestaną uważać je za godne szacunku i miłości towarzyszki życia. Trzeba wreszcie pilnie rozważyć i to, jak bardzo niebezpieczne możliwości przyznałoby się w ten sposób kierownikom państw, nie troszczącym się o prawa moralne. Któż mógłby wtedy obwinić władzę państwową o stosowanie w skali całego społeczeństwa takich rozwiązań, które przyznano by małżonkom, jako godziwe w rozwiązywaniu problemów występujących w poszczególnych rodzinach? Któż zabroniłby rządcom państw propagować metody antykoncepcyjne, jeśli uznaliby je za skuteczniejsze; co więcej, nawet nakazywać ich stosowanie członkom społeczeństwa, ilekroć uważaliby to za konieczne? W ten sposób doszłoby do tego, że ludzie pragnący uniknąć trudności związanych z przestrzeganiem prawa Bożego w życiu indywidualnym, rodzinnym czy społecznym pozwoliliby władzy państwowej ingerować w najbardziej osobiste i intymne sprawy małżonków. Jeżeli więc obowiązku przekazywania życia nie chce się pozostawić samowoli ludzkiej, trzeba koniecznie uznać pewne nieprzekraczalne granice władzy człowieka nad własnym ciałem i jego naturalnymi funkcjami; granice, których nikt nie ma prawa przekraczać: ani osoba prywatna, ani władza publiczna. Granice te zostały ustanowione właśnie ze względu na szacunek należny ludzkiemu ciału oraz jego naturalnym funkcjom...”

Dziś, gdy święci triumfy moralny permisywizm, a i wśród katolików szerzy się swoista „moralna schizofrenia” polegająca na rozbieżności deklaracji wiary i uznawania niektórych zasad katolickiej etyki, szczególnie silna jest pokusa dość pobłażliwego traktowania wymagań katolickiej etyki seksualnej, bowiem są one albo otwarcie wyśmiewane, albo subtelnie usuwane w cień. Ta pokusa podsuwa pytanie: jaki sens ma wymagające wysiłku woli panowanie nad sobą, skoro tylu ludzi wokół żyje po swojemu i nie sprawiają wrażenia przegranych ani nieszczęśliwych? Tym większego znaczenia nabiera zatem każde mocne świadectwo o słuszności tej nauki, zwłaszcza przychodzące od samych małżonków doświadczających dobrych owoców czystości małżeńskiej.

„Kościół jest w pełni świadom, — pisał Paweł VI — że broniąc nienaruszalności prawa moralnego odnośnie do małżeństwa, przyczynia się do umocnienia wśród ludzi prawdziwej kultury...”

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

www.sklep.npr.pl

 Warto karmic piersia

 Sztuka popor

 Zeszyt

 Nowa Sztuka NPR

Nowa karta - pobierz

 Karta obserwacji

Nasze propozycje

 Dobra nowina
© 2017 Naturalne planowanie rodziny :: Joomla! jest Wolnym Oprogramowaniem wydanym na licencji GNU/GPL.