Strona główna arrow Czytelnia arrow O relacjach w małżeństwie arrow Współżycie - kobiecy i męski punkt widzenia
Współżycie - kobiecy i męski punkt widzenia PDF Drukuj Email

Osobny problem, o którym chcę trochę powiedzieć omawiając różnice między mężczyzną a kobietą, to współżycie płciowe. Tutaj te różnice są tak znaczne, że można - nie uświadamiając ich sobie - oskarżać się wzajemnie o wszystko co najgorsze. Któryś z seksuologów amerykańskich powiedział: Gdyby w dziedzinie płciowości - konkretnie we współżyciu płciowym - mężczyzna postępował tak jak mu podpowiada natura, w domyśle: tak jak podpowiadają pobudzenia, które w sobie odczytuje, gdyby postępował tak, jak rnu jego organizm podpowiada, postępowałby z punktu widzenia kobiety niemal całkowicie źle. Ja myślę, że to słowo "niemal" było niepotrzebne, postępowałby dokładnie nie tak, jak tego kobieta potrzebuje, oczekuje, pragnie. Tak bardzo się różnimy. I zdanie się na własną intuicję w tej dziedzinie powoduje, że niestety źle się dzieje.

Jesteśmy jedynymi stworzeniami, które nie mają wrodzonych zachowań seksualnych, musimy się tego nauczyć. Jak się nauczyć? Rozmawiać ze sobą, informować siebie o sobie nawzajem. Nie ma innego wyjścia. Można poczytać książki, można, tylko książka niczego do końca nie załatwi... Książka nie jest o mojej żonie, ona jest o jakiejś uśrednionej kobiecie. Zresztą nieciekawe moim zdaniem jest czytanie na stronie 256 książki, co należy zrobić, żeby żonie było dobrze. Znacznie atrakcyjnie] dowiedzieć się tego od własnej żony. Dla mnie jest to znacznie milsze i ciekawsze. I są na miejscu wręcz tego typu rady: niech żona weźmie rękę męża, wodzi po swoim ciele i informuje, co czuje, jaki dotyk jest dla niej niemiły, jaki jest przyjemny, jaki jest przykry, jaki jest wręcz pobudzający. Niech go siebie nauczy. I odwrotnie, niech mąż uczy żonę. Naprawdę jest to znacznie ciekawsze od czytania w książce takiej czy innej. Tym bardziej, że zwykle w tych książkach jest to wszystko spłycone i ukierunkowane li tylko na doznania.


I na tym chciałbym się chwileczkę zatrzymać. Najważniejszym celem współżycia płciowego naprawdę nie są doznania fizyczne. Jeżeli my uwierzymy kulturze, która nam głosi, że chodzi tutaj o doznania, to nawet jak tych doznań sobie dostarczymy, to osiągniemy jakiś pułap bardzo, bardzo niewysoki. Jesteśmy stworzeni do dużo większych przeżyć, niż czysto fizyczne doznania. Bo koncentrując się na doznaniach, gubimy resztę. Doznania są dobre, mają mieć miejsce, ale one mają być niejako przy okazji. My wyrażamy sobie czułość, serdeczność, bliskość... i oto następują doznania. A nie: my manipulujemy, żeby dostarczyć sobie doznań. To naprawdę nie tak.


Miałem kiedyś w poradni rozmowę z parą, trzy miesiące po ślubie (nie przejęzyczyłem się,) byli bardzo zdenerwowani. No, nie są to sprawy, o których się łatwo mówi, ale w każdym razie byli bardzo, bardzo spięci. Po długiej chwili wreszcie wydusili z siebie: "Bo my już jesteśmy trzy miesiące po ślubie i żona nie przeżywa orgazmu". Żona nie przeżywa orgazmu. O niczym innym nie myślą, tylko czy ona przeżyje czy nie przeżyje. Niczego nie przeżyje, gdy tak będą na to patrzeć, tak kurczowo, tak bojąc się o doznania. Ona ma być całkowicie spokojna, ona nie ma się niczego bać. Sens jest zupełnie przestawiony, to naprawdę nie oto chodzi.


Jak sprawa doznań jest dziś ważna? Sto lat temu w widzeniu kobiet samo współżycie płciowe w małżeństwie było jakby mniej ważne niż dzisiaj. Dlaczego? Dlatego, że kobiety niczego nie oczekiwały w tej dziedzinie. Żadnych doznań nie oczekiwały, wobec tego przynajmniej nie były zawiedzione. Nie chcę przez to powiedzieć, że źle się stało, że teraz kobiety powszechnie oczekują również doznań. Dobrze się stało, tylko za tym musi pójść pewna dojrzałość małżeństw, żeby kobiety te doznania odbierały, a to niestety nie nastąpiło. W naszej kulturze ogromna większość małżeństw źle przeżywa współżycie. Zrobiono obszerną ankietę, wybrano grupę małżeństw, które żyją ze sobą kilka lat i nie myślą się rozwodzić i w tej grupie dobrych małżeństw stwierdzono, że 80% kobiet owszem zgadza się na współżycie z mężem, ale w gruncie rzeczy im na tym nie zależy, ze względu na męża się zgadza. W porządku, niech już będzie, ale wcale tego nie pragną. Dla nich mogłoby "tego" nie być. Tak myśli 80% kobiet w małżeństwach, które nie chcą się rozwodzić! Z innego punktu tej ankiety wynikało, że średni czas współżycia tych par wynosił 3 minuty, co oczywiście uniemożliwiało normalne przeżywanie współżycia przez kobietę. Sprawa się wyjaśniała.


Jak to wygląda, jeżeli chodzi o samo współżycie. Ono stało się dzisiaj jakby ważniejsze, ze względu na to, że oczekiwania związane z tą dziedziną są większe. Wobec tego musimy za tym nadążyć, musimy zatroszczyć się o to, żeby współżycie w naszych małżeństwach było lepsze niż u naszych prababć czy pradziadków. Czas łączny współżycia z perspektywy całego życia to jest minimalny wycinek czasu. Nawet jak to się pozbiera, to naprawdę będzie niewiele. A jednak rzutuje ono bardzo na losy małżeństwa. Ktoś to kiedyś porównał do sytuacji z okiem. Można żyć w ogóle nie widząc i to żyć w miarę normalnie, natomiast nie da się żyć. jak coś wpadnie do oka. Każdy z nas wie, że gdy cokolwiek, najmniejsze ziarenko piasku czy muszka, wpadnie do oka, to o niczym innym nie potrafimy myśleć, niczego nie zrobimy, dopóki tego ciała obcego nie usuniemy. Podobnie jest, ze współżyciem.


Można żyć zupełnie normalnie nie rozbudzając w ogóle tej dziedziny aktywności ludzkiej i rozwijać się jako człowiek całkowicie normalny. Natomiast jeżeli dziedzinę płciowości uruchomimy i wkradnie się tutaj bałagan, to ona będzie rzutować na nas tak, jakby coś do oka wpadło. Q niczym innym nie potrafimy myśleć. I z drugiej strony, jeżeli tę dziedzinę uruchomimy i będzie ona ułożona budująco, pięknie, to będzie też rzutowało na resztę życia. Warto o ten czasowo minimalny wycinek życia naprawdę zadbać.


Tylko nieroztropne jest słuchanie tych "proroków", którzy mówią, że są szczęśliwi dopiero z czwartą żoną czy piątym mężem, bo właśnie tacy często mówią na temat współżycia. Zwróćcie uwagę, że wszystkie "wielkie" nazwiska seksuologów w Polsce, to są ludzie, których małżeństwa się rozpadły. Proszę sprawdzić. Wszyscy, dopuszczani na co dzień do TV i innych publicznych środków przekazu, którzy się na ten temat wypowiadają i mówią, jak to jest cudownie, jak to jest dobrze, mają rozbite rodziny. A ich tragiczny błąd polega między innymi na tym, że właśnie ich nastawienie skierowane jest wyłącznie na szukanie doznań. I tysiące pozycji, "atrakcji", żeby tylko to było "jak najlepsze". Ale jakość współżycia wcale nie leży w tym, o czym oni mówią. Chodzi nie tyle o siłę doznań, co o głębię przeżywania jedności. I teraz wyobraźmy sobie wykres. Niech na osi pionowej będzie suma przeżyć, wzruszeń, doznań, a na poziomej niech biegnie sobie czas w minutach.


Z punktu widzenia kobiety te przeżycia dość wolno narastają, potem się praktycznie stabilizują, taka półeczka, a potem może - nie w każdym współżyciu musi - nastąpić orgazm. I nie tylko współżycie, w którym nastąpił orgazm, jest dobre, czy radosne dla kobiety. To nie jest tak. Często kobieta może nawet nie pragnąć tego przeżycia w różnych okolicznościach, ale zostawmy te szczegóły. I załóżmy teraz, że następuje to przeżycie i potem dość wolno ta krzywa opada.

I czas od początku do szczytu to nie są trzy minuty. Ja nie podejmę się powiedzieć, ile to jest minut i kłamcą będzie ten, kto poda jakikolwiek czas: 27 min i 15 sek., na przykład. Nie ma takiej zasady. Każda kobieta inaczej zareaguje w różnych sytuacjach, cały dzień dzisiejszy będzie na to wpływał, jak ona będzie reagowała wieczorem i nie tylko to, jak ją mąż traktował, ale też co jej w pracy się przytrafiło, wszystko to się jakoś tam odkłada. Natomiast gdyby mnie spytano, czy to są raczej 3 minuty, czy raczej pół godziny, to bym powiedział: Na, na pewno raczej 30 minut niż 3. Tylko nie przyjmijcie, Państwo, tych 30 minut jako warunku. Tu jest potrzebny pewien czas, na pewno nie zbyt krótki. I im lepsze, bezpieczniejsze warunki dla kobiety, tym ona spokojniej i łatwiej reaguje. Dobre warunki dla kobiety to te, które mogłaby z czystym sumieniem polecić swej córce, gdy będzie w jej wieku. Nie wystarczy, że ma "ochotę" na współżycie, czy nawet bardzo tego pragnie. musi czuć się pod każdym względem bezpieczna. I z czasem w warunkach poczucia bezpieczeństwa, gdy współżycie przebiega normalnie, dobrze, to ta reakcja jest coraz szybsza.


Jak to wygląda z punktu widzenia mężczyzny? No, właściwie on mógłby, ja nie mówię w sensie przyzwalającym, tylko stwierdzam fakt, on mógłby zareagować w ciągu 30 sekund. Tu na pewno minuta wystarczy, konkretnie: silne pobudzenie, wytrysk nasienia i wszystko opada, kończy się. Najchętniej obróciłby się twarzą do ściany i zasnął, co większość mężczyzn robi, pozostawiając kobietę na poziomie jakiejś tęsknoty zaledwie. I teraz on powie: "ja przeżywam, ona nie przeżywa, to ja jestem normalny, a ona jest nienormalna, nie dopasowaliśmy się". Co gorsza, oskarża czasem żonę o oziębłość płciową i podaje to jako powód do rozwodu. A właściwie powinien podać: "Swoim dotychczasowym postępowaniem w sferze seksualnej doprowadziłem moją żonę do oziębłości płciowej . W związku z czym proszę o rozwód". Wszak kobieta jest pierwotnie nie rozbudzona i dopiero dobra, czuła postawa męża powoduje uruchomienie ewentualnych doznań w tej delikatnej dziedzinie.


Jeżeli współżycie będzie przebiegać "po męsku", to żona prędzej czy później okaże mężowi, że ona nie chce takiego współżycia. Jednego dnia boli ją głowa, drugiego dnia jest zmęczona, trzeciego jeszcze coś tam i jeszcze coś tam, codziennie coś wymyśla. Nieraz dochodzi do sytuacji, proszę mi wierzyć, zupełnie dramatycznych, gdzie żona panicznie boi się męża. Mąż wraca do domu i ona przez cały czas, całe popołudnie drży, co ona mu powie wieczorem. Normalny mężczyzna tego nie zniesie. Nie zniesie tego, że jego żona go nie chce. To jest bardzo czuły punkt poczucia jego wartości. jego męskości. Największym przeżyciem, potrzebą seksualną mężczyzny jest świadomość: "moja żona mnie chce, moja żona chce ze mną współżyć, namawia mnie do tego, zachęca, stwarza okazje", a wcale nie jak się niektórym wydaje: "moja żona przeżywa orgazm". A jeżeli go odpycha, to jest nie do przeżycia, to dla mężczyzn staje się tragedią. Czasami mężczyzna próbuje trywializować problem wypowiadając zdania typu: "Moją żonę na samą myśl o współżyciu natychmiast boli głowa". Ale w gruncie rzeczy ta rzeczywistość jest dla niego nie do zniesienia i stara się od niej uciec. On musi od tego poczucia odrzucenia uciec. Jak ucieka? No, można powiedzieć: pójdzie do innej. Na szczęście to nie jest takie proste, trzeba złamać w sobie bardzo dużo, żeby pójść do innej, mniemanie o własnej przyzwoitości, złożoną przysięgę na szczęście to nie jest takie proste.


Dużo prostsza jest inna ucieczka od rzeczywistości - w alkohol i narkotyki. W Polsce nadużywanie alkoholu w ogóle jest niestety dość powszechne, a w przypadku przeżywania trudności, kłopotów życiowych ten sposób ucieczki od rzeczywistości znajduje dość powszechne "zrozumienie" (by nie powiedzieć aprobatę wyrażaną np. słowami: "Trudno mu się dziwić, w jego sytuacji też bym się upił"). Tak więc on wypije i jemu jest lżej, ucieka od tej koszmarnej rzeczywistości, że własna żona go nie chce. I co się dzieje? Wraca podpity do domu - pozornie paradoksalna rzecz, ale tragicznie prawdziwa - i żona oddycha z ulgą, bo dzisiaj nie musi mu mówić, dlaczego dzisiaj nie, bo dzisiaj pił. (W naszej zagubionej rzeczywistości, bodaj czy nie jedyną powszechnie akceptowaną okolicznością, w której żona "może" odmienić mężowi współżycia jest fakt, iż mąż jest pijany.) I co się okazuje, nastrój w domu jest swobodny a może nawet radosny, wesoły, żona jest pogodna całe popołudnie, bo ona przez cały czas nie musi się bać, co będzie wieczorem... Naprawdę żony często nieświadomie popychają mężów w alkoholizm.


Zaprzyjaźniony psychoterapeuta, działający głównie na wsi, bardzo często mający do czynienia z alkoholizmem w małżeństwie mówi: "Na pewno dużo ponad .90 procent alkoholizmu zaczętego w małżeństwie ma podłoże w źle ułożonym współżyciu". A więc widać, że tu się dzieją poważne rzeczy i zaniedbanie ich jest naprawdę bardzo groźne dla małżeństwa.


Ilu mężczyzn myśli, że najważniejszym przeżyciem seksualnym dla niego jest doznanie. Ono jest silne, ale jest bardzo łatwe do zbudowania. Najważniejszym przeżyciem, z perspektywy całego życia, jest poczucie: moja żona mnie chce.


Tylko aby nastąpiła ta upragniona sytuacja, że moja żona mnie chce, współżycie zawsze powinno odbywać się w warunkach dobrych, a lepiej wymarzonych przez żonę. Stworzenie właściwego klimatu (obejmującego znacznie więcej, niż okoliczności samego współżycia) jest z punktu widzenia potrzeb kobiety najważniejsze. Lecz to jest dopiero warunkiem koniecznym, ale jeszcze nie dostatecznym - gwarantującym dobre współżycie. Często praktyczną przeszkodą (którą trzeba pracowicie pokonywać) jest przedwczesna reakcja organizmu mężczyzny. Oczywiście mężczyzna powinien tak postępować, by opanowywać swą przedwczesną reakcję, ale nie jest to proste. Nie wychowuje się chłopaków w naszym kraju do tego. Wręcz przeciwnie, mówi się im, że opanowanie ,jest niemożliwe,... bardzo wiele błędów się popełnia... I choć żaden mężczyzna nie jest zwolniony z trudu samowychowania, a w szczególności z pracy nad samoopanowaniem, to w zasadzie mógłbym w imieniu mężczyzn prosić panie o pewną wyrozumiałość. W większości waszych małżeństw będą pewne kłopoty w tej dziedzinie.


To nie wynika z osobistej winy każdego mężczyzny z osobna, tylko po prostu w takiej kulturze się wychowaliśmy. Nie uczy się chłopaków panowania nad budzącym się napięciem seksualnym, wręcz odwrotnie - napięcie to podsyca się w najróżniejszy sposób. I ta przedwczesna reakcja mężczyzny w większości małżeństw się będzie zdarzać. Spokojnie na to patrzmy, cieszmy się z tego, co jest dobre, cieszmy się z bliskości, cieszmy się, że jest coraz lepiej, a nie miejmy do siebie pretensji, bo trudno o gorszą rzecz, jak o pretensje w tej dziedzinie. Powodują lęk, niepokój, stajemy jakby na egzaminie i wszystko biegnie zupełnie w przeciwną stronę.


I w dziedzinie płciowości mamy być ze sobą szczerzy, mamy się poprawnie komunikować. Jeżeli na przykład żona nie chcąc robić mężowi przykrości (bo ona wie, czuje, że to dla niego jest ważne,) powie nieprawdziwie, że jest cudownie, to w imię czego on ma zmienić swoje postępowanie, skoro żona mówi "jest cudownie"? Nie wolno okłamywać, ale nie wolno też powiedzieć: "Do niczego jesteś". Spokojnie, cierpliwie, szczerze trzeba siebie nawzajem naprowadzać na to, czego pragniemy, żeby było coraz lepiej.

I nawet gdyby współżycie w sferze doznań wyglądało idealnie (wspólne szczytowanie), to i tak u mężczyzny napięcie szybciej opadnie. Ale żona ma mu powiedzieć i on powinien to wiedzieć, że on jest żonie nadal potrzebny. Jak on teraz się obróci twarzą do ściany i zaśnie, to wszystko będzie źle. Ona się będzie czuła pozostawiona, opuszczona. On sam tego zwykle nie wymyśli. Tak więc prawidłowe, szczere porozumiewanie się w tej delikatnej dziedzinie jest naprawdę ważne.


Dla mężczyzny wystarczą dosyć skromne warunki , on zawsze potrafi sobie wymyślić, że na pewno nic złego nie nastąpi, nikt nie zajrzy, nikt nie wejdzie, nic się nie stanie. Kobieta tak nie potrafi. W związku właśnie z tym, co mówiłem o różnym podejściu do współżycia - że dla kobiety jest to początek procesu - dla kobiety muszą być naprawdę dobre warunki i to nie tylko warunki zewnętrzne, ale w niej, w jej wnętrzu. Jeślibyśmy mieszkali na 15 piętrze wieżowca, a na przeciwko był lasek, albo domki parterowe, ale żona by w ostatniej chwili powiedziała: "Wstań i zasłoń firankę", to należy wstać i zasłonić firankę, a nie mówić, że jest głupia, że przecież nikt tu nie zajrzy. Bo to, że obiektywnie biorąc nikt nie zajrzy, jest bez znaczenia. Ona nie ma wewnętrznego spokoju, jej przeszkadza nie zasłonięta firanka, wobec tego należy ją zasłonić. To, że mnie to nie przeszkadza, to jest osobna sprawa. Skoro jej coś przeszkadza, to znaczy, że nam przeszkadza.


To, co dzieje się we wnętrzu w kobiecie, jest najważniejsze. Ona się nie może niczego bać, nie może się bać, że mężczyzna ją zostawi, a tak jest bardzo często, zwykle poza małżeństwem, ale również w małżeństwach. I nie może do końca normalnie współżyć, jeżeli ma poczucie, że mąż może uciec i ją zostawić. A w szczególności nie może bać się poczęcia dziecka. W końcu poczęcie dziecka jest logicznym następstwem współżycia. Normalna kobieta współżyjąc zawsze myśli o ewentualności poczęcia dziecka. I w związku z tym kobieta zawsze musi mieć to poczucie: że jeżeli się pocznie, to to dziecko będzie przez jej męża przyjęte. I wszystko jedno, czy aktualnie pragniemy poczęcia dziecka czy nie, ona w każdym współżyciu musi mieć poczucie: gdyby się - nawet wbrew logice - poczęło, to mąż je natychmiast zaakceptuje, nie pozwoli go skrzywdzić, to będzie nasze dziecko, jest dla niego miejsce w naszej rodzinie. Nawet gdyby ona zwariowała i w emocjach, pod wpływem presji czy namowy postanowiłaby targnąć się na życie swojego dziecka, to mąż na to nigdy nie pozwoli. Mąż obroni dziecko i żonę przed nią samą. Taka postawa męża jest źródłem poczucia bezpieczeństwa, zaufania, do niego i daje kobiecie pełen spokój. Rodzi się w niej wówczas bardzo w kobiecą naturę wpisane pragnienie całkowitego, pełnego oddania się, powierzenia się mężowi. Tworzy się relacja szczęściodajna dla obu stron: żony i męża. Takiego poczucia bezpieczeństwa, oddania i pełnej wzajemnej przynależności nie da się zapewnić poza małżeństwem. I dlatego, tak do końca, nie da się zapewnić kobiecie spokoju, czyli dobrych warunków do współżycia poza małżeństwem. Nie da się po prostu. Dotyczy to zarówno ludzi wierzących, jak i niewierzących. Oczywiście inaczej to dotyka ludzi wierzących, inaczej niewierzących.

Jacek Pulikowski

 
« poprzedni artykuł

www.sklep.npr.pl

 Warto karmic piersia

 Nowa Sztuka NPR

 Sztuka popor

 Zeszyt

Nowa karta - pobierz

 Karta obserwacji

Nasze propozycje

 Dobra nowina
© 2017 Naturalne planowanie rodziny :: Joomla! jest Wolnym Oprogramowaniem wydanym na licencji GNU/GPL.