Strona główna arrow Czytelnia arrow Historie z życia arrow Rozstanie z antykoncepcją
Rozstanie z antykoncepcją PDF Drukuj Email

Jesteśmy młodym małżeństwem (choć z pewnym stażem). Mamy za sobą dosyć zróżnicowaną "drogę antykoncepcji". Można by o tym napisać spore opowiadanie. Już widać, że należymy do tych katolików, którym trudno pojąc naukę Kościoła o grzechu antykoncepcji, za to obecnie dysponujemy już sporą dawką własnych obserwacji, które coraz skuteczniej osłabiają nasz entuzjazm do sztucznych środków regulacji urodzeń.

List pierwszy: 24 lutego 1999

Nie wdając się w szczegóły: pierwsze zastrzeżenie to przeróżne skutki uboczne. Nawet jeśli nie są same w sobie zbyt dotkliwe i nie wpływają na ogólne funkcjonowanie organizmu, to jednak skutecznie potrafią obrzydzić życie! Mój ulubiony przykład: pigułka (więc można zawsze....) plus środki przeciwgrzybiczne plus żel nawilżający (bez którego po paru miesiącach pigułki ani rusz) = nie da się prawie nigdy. To jakaś paranoja! Od męża wymaga to naprawdę o wiele większego samozaparcia niż kilkudniowe przerwy w naturalnym, planowaniu rodziny. A do tego jeszcze ginekolog, który twierdzi, że przy pigułce tak musi być, choćby nie wiem jaka była nowoczesna, i ze trzeba się do tego przyzwyczaić.


Bardzo przepraszam: co ma być celem stosowania (jakichkolwiek) metod regulacji poczęć? Czy zapewnienie małżeństwu komfortu współżycia przy pozbyciu się lęku przed nieplanowanym poczęciem, czy może stuprocentowe "zapobieganie dziecku", kosztem niezliczonych powikłań i dyskomfortu? Nie trzeba odpowiadać. Drugie zastrzeżenie: istnieje jakiś powszechny przymus stosowania pigułek. Jest to szczególnie widoczne w postawie ginekologów, którzy wręcz sami chcą decydować o stylu planowania rodziny, jaki wybiera dla siebie małżeństwo. Rozróżniają tylko dwa wyjścia: nic (kiedy planuje się dziecko) albo pigułka (aby zapobiegać). Innych metod nawet nie proponują, a kiedy małżeństwo już je stosuje, reagują żachnięciem, ze to na pewno nieskuteczne i "wpadniecie". Jak można powstanie nowego człowieka (zostawmy kwestię - planowane czy nie) nazywać "wpadką"?


Ponieważ mamy z mężem naturę przekorną i nie wyobrażamy sobie, żeby ktokolwiek miał narzucać nam styl małżeństwa, zwłaszcza w tak delikatnych kwestiach, więc od pewnego czasu nosimy się z zamiarem wypróbowania metod NPR. Tak się składa, że powoli zaczynamy też myśleć o dziecku, więc nie przeraża nas nawet ewentualne niepowodzenie. Chcemy się sami przekonać, co te metody są warte, dlaczego obecnie prawie nie pozostawia się wyboru młodym ludziom? We wszelkich opracowaniach kwestie naturalnego planowania rodziny zbywane są kilkoma zdaniami, sprowadzane do "kalendarzyka", o którym każde dziecko wie, że jest archaiczny, brak rzetelnych, obiektywnych opracowań dostępnych szerszemu gronu czytelników. Główny argument to zawsze: "wymagają okresowej abstynencji" Jak to brzmi? - prawie jak wiezienie! Przecież tak czy owak, z rożnych powodów rzadko kiedy małżeństwo współżyje na okrągło przez miesiąc, przerwy są zawsze, zresztą przy stosowaniu antykoncepcji liczba stosunków też nie jest nieograniczona! Choćby z tych powodów, które wymieniłam powyżej.


Podsumowując, wydaje nam się, że naturalne planowanie rodziny jest ciekawą alternatywą dla ludzi takich jak my. Poszukujemy metody, która pozwoli nam cieszyć się sobą bez stresu i obawy o powikłania.


Żeby nie było całkiem idealnie, to wspomnę, że jestem doświadczoną alergiczką z wieloletnim stażem i byle co powoduje u mnie wzrost temperatury (wiele alergenów).

List drugi: 1 marca 1999

Ponieważ odstawiliśmy pigułki cztery miesiące temu (i przenigdy do nich nie wrócimy, choćby pojawiły się nowe, pozłacane i wysadzane diamencikami), więc sytuacja już się unormowała i wszystko zaczyna pomału wyglądać tak, jak przed ich przyjmowaniem. Oczywiście, dla pewności będziemy przez pewien czas postępować zgodnie ze wskazaniami dla byłych użytkowników pigułek.


Czas, w którym poczęcie dziecka nie jest już żadnym problemem, jest według nas świetną okazją do spokojnej nauki NPR, nie chodzi o podejście "jak będzie, to trudno" (bo wówczas po co w ogóle jakieś obserwacje), tylko o spokój, który jak wiadomo sprzyja regularności cykli, systematyczności obserwacji i prawidłowym interpretacjom. Poza tym atmosfera przygotowania na poczęcie doskonale wpływa na małżeństwo, nawet jeśli chcemy je jeszcze odłożyć, miłość kwitnie i to miałam na myśli, pisząc uwagi o czasie, w jakim zamierzamy wprowadzić NPR. Nie zamierzamy traktować NPR jako kolejnej metody antykoncepcji, bo to nieporozumienie. Mnie osobiście zachwyca w tych metodach ich pełna zgodność z naturalnym rytmem małżeństwa i fakt, że to samo stosujemy, kiedy chcemy odłożyć poczęcie i kiedy chcemy z dużą dokładnością je zaplanować. Od tej pory nie będziemy potrzebowali niczego poza ciągłą znajomością cyklu. Mój mąż jest tak zachwycony perspektywą lepszego poznania zmian, jakie zachodzą w ciągu miesiąca w jego żonie, że ciągle mówi o tym, kiedy zaczniemy (wiadomo, że mężczyzna, zwłaszcza jeśli kocha, bywa przerażony i zdezorientowany, kiedy żonie nastroje zmieniają się z dnia na dzień).


Być może jest nam tak łatwo zdecydować się na całkowitą rezygnację z antykoncepcji, bo nigdy nie stosowaliśmy jej jako czegoś koniecznego do życia albo do zapobiegania poczęciu. Po prostu ja uważałam, że to najlepsze dla męża, on sądził, że jest to najlepsze dla mnie - to wszystko. Ponieważ te poglądy okazały się błędne, więc podjęliśmy decyzję o zmianie frontu. Nasze poglądy na małżeństwo są zbieżne z nauką Kościoła i jesteśmy przekonani, że jest to słuszna droga. Jakimś cudem wydawało nam się, że antykoncepcja temu nie przeszkadza. Życie pokazało, że przeszkadza. W gruncie rzeczy cieszymy się, że tak się stało, to znaczy że sama natura zamanifestowała swoją niechęć do takich poczynań, bo ominęła nas konieczność mozolnego, filozoficznego udowadniania sobie różnic pomiędzy antykoncepcją a NPR. Po prostu dane nam było przekonać się, że antykoncepcja do niczego dobrego nie prowadzi, odbiera małżonkom spontaniczność (choć mówi się, że jest odwrotnie), radość z pełnego zjednoczenia, beztroskę i czułość, nie mówiąc już o eksploatowaniu zdrowia kobiety, co samo w sobie jest złem oczywistym. Nawet jeśli małżeństwo stara się panować nad antykoncepcją (tak, jak było w naszym przypadku), nawet jeśli nie ma mowy o przedmiotowym traktowaniu, jeśli jest szacunek, miłość i szczerość, to po pewnym czasie antykoncepcja staje się celem samym w sobie, w którego tle majaczy gdzieś miłość fizyczna małżonków. Mówiąc krótko: jeśli próbuje się walczyć z naturą, to ona prędzej czy później zacznie się buntować.


Pozwalam sobie na nieco dłuższe refleksje, bo niektóre z nich są dla mnie samej nowe i zadziwiająco prawdziwe. Mój mąż ma bardzo podobne obserwacje.

Na marginesie, choć jestem daleka od przyjmowania spiskowej teorii dziejów, to nie mogę się oprzeć wrażeniu, że uporczywe odsądzanie metod NPR od czci i wiary w różnych artykułach i podręcznikach medycznych (choć nie wszystkich - moje rodzeństwo kończyło medycynę, więc oczytałam się swego czasu), ma podłoże komercyjne. Przecież na NPR nikt nie zarabia....


Najbardziej cieszy mnie fakt, że wszelkie skutki uboczne antykoncepcji opisywane w podręcznikach znam z autopsji i mogę potwierdzić. Mogę więc spokojnie odpierać zarzuty, że ci "kościelni edukatorzy" wymyślają fakty, żeby tylko przeforsować swoje poglądy....


Jestem pełna wewnętrznego przekonania, że nasza decyzja jest słuszna i wyjdzie nam tylko na dobre. (takie wewnętrzne przekonanie jeszcze nigdy mnie to nie zawiodło - to ponoć typowe u kobiet).


Planujemy rozpocząć obserwacje i wdrażać NPR według doktora Roetzera. Kupiliśmy jego książkę, bo wydawała nam się najbardziej konkretna z dostępnych pozycji, omawiając jednocześnie bardzo szczegółowo różne sytuacje nietypowe, jednocześnie wiele z opisanych tam sytuacji znam z własnych, "przedpigułkowych" obserwacji. Zamówimy też materiały "Kursu domowego". Oczywiście będziemy się trzymać jednej odmiany metod NPR - tak nakazuje rozsądek, ale moja natura zagorzałego empirysty domaga się poznania też innych wersji. Poza tym książka państwa Kipleyów jest polecana w bibliografii tematu, więc tym chętniej ją przeczytamy, a nie ma jej aktualnie w księgarni.

List trzeci: 21 kwietnia 1999

Oczywiście, zgodnie z wcześniejszym zamysłem, przeszliśmy na NPR. Tak, jak ostrzegaliście, w naszym przypadku (kilka miesięcy po odstawieniu pigułki), może nie być to szczególnie łatwe. Musieliśmy wytrwać w baaaaaaaaaaardzo długim okresie wstrzemięźliwości, ale jasno sprecyzowany cel pomaga przetrwać. Jak pięknie napisał doktor Roetzer, kończąc w ten sposób dyskusje na temat wstrzemięźliwości: przecież to nie są dni bez miłości! Po drodze przyplątała się paskudna infekcja wirusowa, więc sami rozumiecie... Ale to nic. Perspektywa nagrody była zbyt nęcąca, aby się poddać.


Moje cykle, mimo że to już piąty miesiąc po odstawieniu pigułki - która, oczywiście jak wszystkie współczesne środki hormonalne, jest całkowicie obojętna dla organizmu, nieszkodliwa, nie wpływająca na płodność itd., itd. - nie są bynajmniej regularne i nie chodzi mi tylko o regularność w sensie długości cyklu. Dzięki obserwacjom mam świadomość, że mój organizm nie jest jeszcze w pełni sprawny i nie zaryzykujemy poczęcia dziecka, zanim wszystko wróci do normy. To pierwszy, niewątpliwy plus. Mogę dodać, że zanim brałam pigułki, miałam cykle regularne jak w zegarku, prawie co do godziny. Jeżeli więc u takiej kobiety po odstawieniu pigułki organizm przez prawie pół roku nie może wrócić do normy, to co może stać się u dziewczyny, która zaczyna brać pigułki, bo "uregulują jej cykle". Być może nie ma tu prostej zależności, ale powinno to dać do myślenia.


Same obserwacje nie są wcale kłopotliwe, nie sprawia nam też kłopotu konieczność codziennego ich wykonywania. Traktujemy to jako element systemu, na który się zdecydowaliśmy i nie roztrząsamy w kółko tego, że musimy coś mierzyć albo sprawdzać. Każdy ze środków antykoncepcyjnych, które stosowaliśmy, wymagał wcale nie mniej zachodu....


Teraz mogę też w pełni docenić to, że jestem sobą, nie jestem "hormonalnie modyfikowana", wszystkie dolegliwości, które miałam wcześniej, przeszły jak ręką odjął. Kiedy biorąc tabletki, skarżyłam się mojemu ginekologowi na obniżenie libido, stwierdził lekko, że owszem, tabletki mogą to powodować, ale główną przyczyną jest z pewnością spowszednienie naszego związku. (dobrze mieć tak gotową odpowiedź na wszystko). "Spowszednienie" przeszło jak ręką odjął, kiedy odstawiłam tabletki!


Dziękuję za serdeczne zainteresowanie naszym "przypadkiem" (tyle cudzysłowów w tym liście). Na razie nie było niczego, co sprawiłoby nam szczególną trudność w interpretacji. Kiedy uzbiera nam się kilka kart, albo pojawi się problem, z całą pewnością prześlemy je do Ligi z prośbą o ocenę. Na marginesie: moje karty są chyba dosyć ciekawe - doskonała ilustracja dla popigułkowych cykli.


Na podstawie naszego niedużego doświadczenia jesteśmy zdecydowani kontynuować NPR. Ja jestem bardzo zadowolona, że mogę spokojnie żyć, akceptując swoją naturę, mój mąż też się bardzo cieszy, widząc jak żona "wraca do siebie". Prosiłam go o szczerą odpowiedź, czy okresy wstrzemięźliwości nie dają mu się za bardzo we znaki. Odparł, że owszem, czasem trochę go "ciśnie", ale przyjmuje ten rytm jako element metody i już. Po prostu: decydujemy się na NPR i żyjemy według określonych reguł. Tak, jak to ma miejsce w przypadku metod antykoncepcyjnych. Zawsze też należy mieć w pamięci zdanie doktora Roetzera, które przytoczyłam na początku. Coraz lepiej też zaczynamy rozmieć nauczanie Kościoła na temat antykoncepcji - to kolejny plus.


Jeszcze na koniec uwaga o materiałach Domowego Kursu NPR, które otrzymaliśmy. Mimo że metody nauczyliśmy się z książki Roetzera i ona jest dla nas podstawowym podręcznikiem, kurs okazał się nieoceniony w wyjaśnianiu pewnych wątpliwości. Jest bardzo jasno i przejrzyście ułożony, ćwiczenia są tak obszerne, ze wyjaśniają chyba większość możliwych problemów. Przerobienie ćwiczeń dało nam dużą pewność, że rozumiemy to, czego się nauczyliśmy. Myślę, że każdy mógłby się nauczyć NPR korzystając tylko z "Kursu domowego" i konsultacji.


Za kilka miesięcy, być może przed wakacjami, postaram się napisać coś więcej. Będziemy mieć wtedy więcej doświadczeń i przemyśleń.

List czwarty; właśnie mija kolejny miesiąc...

Od momentu, kiedy podjęliśmy decyzję o stosowaniu metody objawowo - termicznej. Nasze niedługie doświadczenia zdążyły ostatecznie obalić wszelkie stereotypy i uprzedzenia, z jakimi można się spotkać w odniesieniu do metod NPR. Po pierwsze, metoda nie zawiodła. Po drugie, opanowanie reguł i stosowanie ich w praktyce nie stanowiło dla nas żadnego problemu. Trochę lekcji, uważna lektura książek i konsekwencja - to wszystko, co musieliśmy zrobić, aby stosować tę metodę. Po trzecie, nie zauważamy, aby stosowanie metody przez dłuższy czas (no, może jeszcze nie można powiedzieć, że dłuższy, ale ponad pół roku to też nie byle co) było kłopotliwe, albo żeby czynności z nią związane były możliwe do wykonania tylko przez szczególnie predestynowane do tego jednostki. Ponad pół roku to dość czasu, aby wypracować sobie "własną" metodę. Chodzi mi o to, że książki czy kursy dają nam ogólny przepis i reguły stosowane w interpretacji, natomiast każde małżeństwo, po okresie nauki metody, wpisuje ją niejako w cykle żony i dlatego może mieć swoją własną odmianę NPR. Oczywiście, reguły interpretacji są nienaruszalne, ale wiele innych rzeczy można wygodnie dostosować do siebie. A ponieważ NRP pozwala nam wziąć pełną odpowiedzialność za to, co robimy, więc również pozwala nam decydować, jak będziemy postępować w ramach metody. To proste - jest odpowiedzialność, więc są też prawa i to dodaje wiele uroku tej metodzie. Ja poświęciłam trochę więcej czasu, niż jest to zalecane, aby dokładnie nauczyć się swoich objawów płodności, zwłaszcza w odniesieniu do 1. fazy. Z trzeciej korzystaliśmy od początku bez ograniczeń. Każdego miesiąca, analizując kartę wstecz, wyciągałam wnioski co do tego, kiedy powinnam przyjąć początek fazy płodnej. Oczywiście, teraz też kontynuuję te "analizy", ale coraz odważniej korzystamy z 1 fazy, a dłuższy czas obserwacji dał mi więcej pewności, zwłaszcza że nigdy nie zakładam, że następny cykl będzie podobny do poprzedniego. Czas włożony w porządne opanowanie własnych objawów płodności, nawet jeśli początkowo może okazać się zbyt długi, zwraca się stokrotnie w spokoju i większej ilości czasu "dla nas". Mierzenie temperatury też nie jest takim koszmarem, jak to się na ogół przestawia. Zaczynamy mierzyć ok. 10 dnia cyklu i mierzymy do 4 - 5 temperatury wyższej, jeżeli pozostałe objawy występują równolegle. W sumie nie więcej niż 12 pomiarów.


Zupełnie odrębna sprawa to moje samopoczucie od czasu wdrożenia metody. Czuję się świetnie, bo przestałam traktować mój organizm jak wroga, którego muszę obezwładniać podstępnymi metodami, ale który i tak ciągle na mnie czyha, ale jak przyjaciela, który pracuje dla mnie. Ta zmiana nastawienia nie jest taka oczywista - wcześniej nie miałam pojęcia, jak w rzeczywistości traktuję samą siebie. Teraz mam na bieżąco informacje, co się we mnie dzieje i mogę to wykorzystywać, żeby zajść w ciążę, albo żeby jej uniknąć. Mój organizm odwdzięcza mi się lepszym funkcjonowaniem, więc współpraca układa nam się znakomicie.


Ciekawe jest, jak bardzo nasze czasy pozbawiły nas ufności we własne ciała. Wydaje nam się, że organizmu nie da się okiełznać, że nigdy nie wiadomo, co zrobi, że człowiek nie jest w stanie ani zapanować nad sobą ani nawet rozpoznać, co się z nim dzieje. A wystarczy tylko słuchać. Sama jeszcze niedawno byłam przekonana, że kobieta nie jest w stanie w sposób miarodajny obserwować objawów płodności - tak to się na ogół przedstawia: metody naturalne byłyby idealne, ale niestety, niemożliwa jest niezawodna obserwacja, bo: (tu następuje litania) przesunięcia cyklu, stres, dwukrotna owulacja, nagła owulacja, leki, stany zapalne... Teraz, kiedy sama przekonałam się, że wystarczy uważnie obserwować i kiedy uwierzyłam, że to jest możliwe, śmieję się sama z siebie, że tak dałam się omotać tego rodzaju opiniom. Pocieszam się, że nie tylko ja, a przecież większość kobiet nadal tkwi w nieświadomości.


Teraz coś o moim ulubionym temacie, czyli tabletkach hormonalnych. Od kiedy rozstałam się z nimi na dobre, jestem nie tylko szczęśliwsza, ale też mogę bardziej obiektywnie przyglądać się temu, co wyczyniają ich producenci, byle tylko pozyskać więcej klientek. Parę dni temu rozmawiałam z moją daleką kuzynką na ten temat. Okazuje się, że ona i kilka kobiet z jej rodziny również mają przykre doświadczenia z ich stosowaniem. Tutaj oczywiście można powiedzieć, że z pewnością miałyśmy źle dobraną pigułkę. Dobre sobie. Ja "wypróbowałam" dwa rodzaje, każda z tamtych kobiet podobno też. Czyżby było tylu niedouczonych ginekologów? A może pigułka nie jest tak bezpiecznym środkiem, na jaki się ją kreuje. Kolejna sprawa to ciąża w trakcie stosowania pigułki. Moja kuzynka twierdzi, że zna dwie kobiety, które zaszły w ciążę, biorąc pigułkę. Każda z nich upiera się, że nie pominęła żadnej tabletki. W takim razie "absolutną skuteczność" tych lekarstw też można włożyć między bajki. Nawet jeśli te kobiety popełniły błąd w stosowaniu, to przecież pigułki są reklamowane jako środek niezawodny i prosty w stosowaniu. Widocznie nie tak prosty, skoro są przypadki, że kobieta nie umie nawet powiedzieć, kiedy zrobiła błąd. U nas pigułki nie są tak popularne, jak np. w Stanach. Dlatego prawdopodobnie rzadziej słyszymy o przypadkach poczęcia w czasie ich stosowania. Ale czytając różne obcojęzyczne grupy dyskusyjne na temat antykoncepcji stale widzę listy od kobiet, które są w ciąży, mimo stosowania tabletek. To samo dotyczy innych środków, np. spirali a nawet podwiązania jajowodów (brrr). Wniosek z tego prosty: niezależnie od tego, jak ciężkie armaty wytoczymy przeciwko własnym organizmom, one i tak zrobią wszystko, żeby funkcjonować normalnie. A można tak łatwo żyć w harmonii ze sobą, z naturą i nie okaleczając się, świadomie planować rozmiary własnej rodziny.

Aleksandra

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

www.sklep.npr.pl

 Zeszyt

 Sztuka popor

 Nowa Sztuka NPR

 Warto karmic piersia

Nowa karta - pobierz

 Karta obserwacji

Nasze propozycje

 Dobra nowina
© 2017 Naturalne planowanie rodziny :: Joomla! jest Wolnym Oprogramowaniem wydanym na licencji GNU/GPL.