Strona główna arrow Czytelnia arrow Historie z życia arrow Pan Bóg zobaczył wolne miejsce
Pan Bóg zobaczył wolne miejsce PDF Drukuj Email

Rodzina wielodzietna najładniej wygląda na zdjęciu. Lubią ją reporterzy i dziennikarze. Sama, patrząc na nasze zdjęcia ze świąt czy z wakacji, podbudowuję się, że to wszystko ma sens. Gorzej od kuchni. Codzienność jest dla ludzi o stalowych nerwach i bardzo wytrzymałych. Cieszę się, że dzielności nauczyliśmy się z mężem w harcerstwie, a wytrwałości w klubach górskich i na obozach wędrownych. Bez takiej zaprawy nie dalibyśmy rady. Ale jak wiadomo, wszystko w życiu jest potrzebne, tylko człowiek nie wie początkowo, kiedy to się przyda.

Codzienność to wieczny harmider, bieganina, konflikty, problemy, podniesione głosy, dzwoniące telefony, sprawy do załatwienia i wciąż nie załatwione, obowiązki nie do wypełnienia, pośpiech, piętrzące się ciuchy do cerowania i książki do przeczytania. Spojrzenia mamuś ze szkoły na moje ubłocone, niemodne półbuty i nie zrobione paznokcie. Pretensje pań nauczycielek, że nie odrobił, nie przyniósł, spóźnił się, nie dopilnowałam. Wszyscy wiedzą, co powinnam. Nawet ksiądz na kazaniu. Ale jak i kiedy to wszystko objąć umysłem i ogarnąć organizacyjnie, tego chyba nikt nie wie! Trzeba to znieść i umieć w tym wszystkim nie zatracić właściwego kierunku i hierarchii wartości.
Pewne rzeczy nigdy nie będą załatwione i muszę się na to zgodzić. Nie dopilnuję wszystkiego, nie dam każdemu dziecku tyle z siebie, ile bym chciała i ile potrzebują.

Z natury jestem zachłanna na życie - chciałabym wszystko zrobić dobrze i w stu procentach. Sama pochodzę z małej rodziny. Rodzice zawsze mieli dla mnie czas, a jak nie mieli dziś, to mieli jutro. U mamy w pokoju siadało się na starym posagowym kufrze i można było rozmawiać, rozmawiać... o wszystkim. Rodzice dali mi staranne wychowanie. Dobra szkoła (mimo że perelowska, nie może równać się dzisiejszą, zreformowaną), dobre liceum, języki, sport, kino, teatr, wystawy, podróże. Na wszelkie moje problemy zdrowotne (a było ich niemało) był czas, aby znaleźć odpowiedniego lekarza, nowoczesne leczenie itp. Mama zabierała mnie często na dorosłe bankiety, w delegacje itp. Nie musiała się wstydzić, wiedziałam, jak się zachować, nawet w towarzystwie obcojęzycznym. Dało mi to otrzaskanie, pewność siebie, wyobraźnię i dystans do otaczającej rzeczywistości. Od 16 roku życia użytkowałam samochód mamy, jeździłam na zajęcia, wożąc część mojej studenckiej grupy. W dorosłe życie weszłam, będąc niezłym kierowcą, mając mnóstwo umiejętności poza zawodem, do którego się szykowałam.

Męża, studenta szóstego roku, poznałam na pierwszym roku studiów, pobraliśmy się po moim czwartym. Planowaliśmy troje-czworo dzieci, bo zafascynowała mnie rodzina męża. Właśnie duża, ciekawa i idąca twardo przez życie. Jednak uznaliśmy, że do kolejnego dziecka dojrzewa się stopniowo, jak poprzednie ma choć rok lub dwa lata. Człowiek nie wie z góry, jak się sprawdzi model, który sobie wymyślił. Pierwsza córeczka urodziła się po trzech latach małżeństwa. Dokładnie zaplanowaliśmy poczęcie. Chcieliśmy pierwsze lata małżeństwa mieć dla siebie. Dotrzeć się, skończyć studia (ja), poszaleć, popodróżować. Nie podobał nam się model rodziny, która rok po ślubie ubiera się w pieluchy.

Joasia urodziła się w domu. Kłopoty zaczęły się od razu, bo nie chciała jeść. W pierwszej dobie miała wysoką żółtaczkę. I zaczęła się gehenna - szpitale, transfuzja, setki badań, coraz gorsze rozpoznania, bilirubina wciąż za wysoka, miesiące mijają. Dobrze, że dziś ma dwanaście lat, jest zdolną uczennicą, gra na dwóch instrumentach. Dobrze, bo mam chociaż do tego dystans. Po takich przejściach bardzo chcieliśmy mieć drugie dziecko. Żeby wreszcie było normalnie. Zwykłe macierzyństwo.

Po dwu i pół roku urodził się Janek. Dobrze zaplanowaliśmy poczęcie, aby jeszcze zdążyć na narty. Ale w połowie ciąży zaczęły się kłopoty. Strach, leżenie, szesnaście dawek leków podtrzymujących i kompletne odcięcie od zawodu, od życia. Joasię chowałam na leżąco. Zacerowałm wszystkie skarpetki, jakie były w domu, napisałam zaległe prace i listy. Jednak dla mnie - osoby o dużym temperamencie - była to ciężka próba. Wtedy polubiłam telefon i zrozumiałam, co to znaczy wspierająca rodzina. Janek urodził się w terminie, bardzo szybko i łatwo. Nie miał żółtaczki, ssał pierś już po pięciu minutach. Więc normalnie! Po kilku tygodniach zaczęły się problemy z uczuleniami. Jadłam tylko trzy produkty przez sześć miesięcy. I ciągle nie było idealnie. Do dziś Janek jest na diecie hipoalergicznej, męczy się z nadpobudliwością, zaburzeniami koncentracji, dysleksją i astmą. Nie jest dobrym uczniem, trudno mu wytrzymać w grupie rówieśniczej, tempo przyswajania umiejętności nie zadowala nauczycieli, potrafi być arogancki, wszystkiego zapomina. Za to ma wielkie serce i wielką wiarę.

Marząc o tym normalnym, książkowym rodzicielstwie zaplanowaliśmy Jerzyka. NPR było dla nas świetne w tym okresie. Wszystko zgodnie z planem, cykl jak z książki. Nie spodziewałam się tego, ale od ósmego tygodnia musiałam znów stać się "emerytem", przerwać pracę i przeprosić się z łóżeczkiem. Moje plany zawodowe legły w gruzach. Tak to już jest, że dzieci mamy w wieku, gdy robi się karierę zawodową. Dotrwałam szczęśliwie do końca ciąży. Jerzyk urodził się dzień przed egzaminem specjalizacyjnym męża. Po dobie wyszłam ze szpitala, mąż pojechał na egzamin, a ja zostałam z dwójką małych dzieci, noworodkiem coraz bardziej żółtym, swoim połogiem i mamą z doskoku do pomocy. Na szczęście technika przez te kilka lat poszła do przodu i udało się wypożyczyć materacyk do naświetlań. Mąż wrócił, egzaminu ustnego nie zdał, ale sytuację opanował. Żółtaczka minęła i zaczęło się prawdziwe macierzyństwo: je, śpi, gaworzy, siada, nie choruje, nie ma kolek, wysypek, nie latam po lekarzach. Ale w tym czasie starsi zaczęli mieć kłopoty ze stopami, Asia poszła do zerówki. Było co robić. A ja walczę o powrót do pracy, która jest moją pasją. Rozważając naszą sytuację mieszkaniową, dwie przeleżane ciąże, problemy z zatokami, które w ciąży się znacznie zaostrzają, chęć łączenia pracy i twórczego podejścia do wychowania dzieci, decydujemy, że trójka dzieci to fajna ilość. Samochód też ma pięć miejsc. Dzieci mają jeden pokój, potem Asia przenosi się do salonu. Musimy zrezygnować z robienia spotkań towarzyskich w domu, bo nie ma jak. Cierpimy, bo jesteśmy dość "imprezowi", a nasz dom ma pewną tradycję wspólnego muzykowania i śpiewania ze znajomymi oraz hucznego obchodzenia rocznic ślubu, świąt itp. Szkoła, praca, wspólnota, organizowanie obozów dla coraz większej liczby rodzin z dziećmi wypełniają nam dni.

Gdy wróciły mi cykle po roku od urodzenia Jerzyka nie były takie całkiem ewidentne i proste jak dawniej. Miałam już po trzydziestce i sporo obowiązków na głowie. Bardzo skąpy objaw śluzu był dość uciążliwy. Po powrocie z wakacyjnej podróży zaczął mnie niepokoić brak miesiączki. Ale byłam przekonana, że to cykl bezowulacyjny, bo objaw śluzu miałam tylko jeden dzień, bardzo skromny, nie miałam skoku temperatury, kontakt z mężem na co najmniej sześć dni przed dniem ewentualnej owulacji. Dla świętego spokoju zrobiłam test. Dodatni! Poszłam zrobić USG, bo nie dowierzałam. Płód pojedynczy w ułożeniu dowolnym! Kiedy, jak? Nie mogłam się z tym pogodzić. Byłam zła na NPR! Działa u małżeństw, które nie współżyją, bo się kłócą! Co będzie? Leżenie, leki, zapalenia zatok, co z mieszkaniem, samochodem, czy ja w ogóle donoszę! Co ze starszymi dziećmi, kto ich odwiezie i przywiezie codziennie ze szkoły? Kto się nimi zajmie? Co powiedzieć w pracy, miesiąc temu awansowałam na dość odpowiedzialne stanowisko. Przyjęłam postawę nie mówienia nikomu niczego. Chciałam mieć święty spokój. Żeby nikt nie zadawał mi głupich pytań: Jak się czujesz? Co zrobisz jak urodzisz wcześniaka? Jak wy sobie poradzicie? Jak ten chłopak na to zarobi? Co zrobicie z mieszkaniem? itp. Co zrobisz z pracą? Mając wspierającego męża, pozwoliłam sobie na komfort przeżywania tego, co na mnie spadło, w ciszy i spokoju. Znalazłam wspaniałego lekarza, który we mnie wierzył i podjął ryzyko niepołożenia mnie plackiem. Wiedział, że umiem się dostatecznie kontrolować. Technika też już poszła naprzód. Można było monitorować bardzo precyzyjnie stan mojej "podejrzanej" szyjki macicy.

Do 38 tygodnia dojechaliśmy. Oczywiście leki, zapalenia zatok, uszu, okropne obrzęki, skaczące ciśnienie. Urodziłam Julcię dość brawurowo. Do 36 tygodnia utrzymałam tajemnicę w pracy. Powiedziałam, że za dwa tygodnie przez pewien czas mnie nie będzie. Wyjeżdżasz gdzieś? Nie, urodzę dziecko! Sąsiedzi i dalsza rodzina dowiedzieli się po porodzie. Babcia dowiedziała się dopiero jak Jula miała 4 dni i zaprosiłam ją w odwiedziny. Ze szpitala jeszcze wydawałam jakieś służbowe polecenia. Cały czas nadzorowałam organizację dużej konferencji. Z sześciotygodniową Julcią i mamą na zapleczu, brałam w niej udział jako wykładowca i organizator. Życie za rogi! Ksiądz chrzcząc Julę w kościółku w górach, powiedział: Pan Bóg patrzył z Nieba i zobaczył, że u was jest puste miejsce. Dał Wam Julkę.

Sytuacja mieszkaniowa była coraz trudniejsza. Jak z jednym odrabiać lekcje, z drugim ćwiczyć na pianinie, z trzecim budować z klocków, czwarte karmić, i to wszystko na raz i na tak małej powierzchni? Szukaliśmy domu, ale wciąż były albo dla nas za małe, albo za drogie, albo z wadami. Dzieci powierzyły tę sprawę w Wilnie Matce Boskiej Ostrobramskiej. Powiedziały, że dają Jej rok i za rok tu wrócą, aby podziękować. Boże, ja nie mam takiej wiary! Matka Boska podanie przyjęła, kupiliśmy dom piękny, imponujący i ogromny. Każdy ma swój pokój! I wszystko się wreszcie mieści!

Jula wniosła w nasz dom wiele radości i nieopisanego szczęścia. Wszyscy ją uwielbiają. Ja pokonałam w sobie lęk przed wielodzietnością. Przecież jakoś sobie radzimy. Może nie dajemy dzieciom tego, co chcielibyśmy, ale dajemy im inne wartości. Uczą się odpowiedzialności za sprawy rodziny, pomagania w domu (bo nie ma innego wyjścia), samodzielności, współpracy, przebaczania, rezygnowania dla dobra wyższego. A przede wszystkim dajemy im miłość i akceptację.

Moje cykle przed czterdziestką są zupełnie nie do zaobserwowania. Objawy mam skąpe albo żadne. Temperatura skacze, nie skacze, spada. Do tego dochodzi kompletny brak czasu i pośpiech, który mi nie ułatwia regularnych obserwacji. Boję się, czy w tym wieku mój organizm, biorąc pod uwagę moją historię, podołałby ciąży. Ale jeśli tak się stanie, jestem otwarta. Duża rodzina, mimo wielu wad, ma pewną siłę, której logicznie nie da się uzasadnić.
(imię i nazwisko do wiadomości redakcji)
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »

www.sklep.npr.pl

 Nowa Sztuka NPR

 Sztuka popor

 Zeszyt

 Warto karmic piersia

Nowa karta - pobierz

 Karta obserwacji

Nasze propozycje

 Dobra nowina
© 2017 Naturalne planowanie rodziny :: Joomla! jest Wolnym Oprogramowaniem wydanym na licencji GNU/GPL.