|
W ciągu czterdziestu lat, które
upłynęły od 28 lipca 1968 roku, kiedy to Papież Paweł VI
podpisał encyklikę „Humanae vitae”, dokument ten pozostaje
chyba najczęściej komentowaną (i kontestowaną) wypowiedzią
Magisterium Kościoła.
Encyklika była odpowiedzią na
rewolucję seksualną lat sześćdziesiątych i jej sztandarowy
wynalazek: antykoncepcyjną pigułkę hormonalną. Jak wspomniał sam
Papież, pojawiły się również nowe aspekty problemu
przekazywania życia: obawy związane z szybkim przyrostem
naturalnym, rosnące wymagania – zarówno materialne, jak i
kulturowe, zmiana społecznej pozycji i roli kobiet oraz zdumiewający
postęp w opanowaniu sił natury. Zagadnienia te skłaniały do
postawienia nowych pytań: czy w kontekście heroicznych poświęceń,
jakich wymaga niekiedy zachowanie zasad moralnych nie należałoby
pomyśleć o ich rewizji; czy nie można by dla oceny pożycia
małżeńskiego zastosować tzw. „zasady całościowości”, czyli
oceniać nie poszczególne akty, lecz rozważać otwartość na
życie w perspektywie całego pożycia małżeńskiego; wreszcie, czy
ze względu na świadomość współczesnych ludzi nie
należałoby poddać większej kontroli procesu przekazywania życia.
Papież Paweł VI nie tylko potwierdził
zasady moralne związane z przekazywaniem życia, lecz także
umieścił je w kontekście koncepcji miłości małżeńskiej oraz –
co szczególnie istotne – odniósł się do
chrześcijańskiej wizji człowieka, uwzględniającej nie tylko
„porządek naturalny i doczesny, ale również nadprzyrodzony
i wieczny” (HV, 7). Fundamentem swych rozważań Ojciec Święty
uczynił poświęcone małżeństwu fragmenty konstytucji
duszpasterskiej o Kościele w świecie współczesnym „Gaudium
et spes”.
Zawężenie perspektywy
Gdyby dziś zapytać przeciętnego
katolika, z czym kojarzy mu się encyklika „Humanae vitae”, to
pewnie przede wszystkim miałby on poważny kłopot z identyfikacją
tego dokumentu, natomiast zapytany o stanowisko Kościoła wobec
współżycia małżeńskiego prawdopodobnie skojarzyłby je
wyłącznie z potępieniem antykoncepcji. Nic w tym dziwnego, skoro
ten właśnie aspekt bywa najczęściej eksponowany w toczących się
tu i ówdzie sporach, które od czasu upowszechnienia się
Internetu wyszły daleko poza kręgi teologów i moralistów.
Również popularne media dbają o to, aby Kościół był
postrzegany jako surowy strażnik małżeńskiej (i nie tylko)
alkowy. Trzeba też niestety stwierdzić, że i w popularnym
kaznodziejstwie temat etyki małżeńskiej albo nie pojawia się
wcale albo również bywa sprowadzany wyłącznie do kwestii
antykoncepcji.
Tymczasem encyklika „Humanae vitae”
stawia najpierw przed oczyma nas wszystkich – małżonków,
duszpasterzy, naukowców, rządzących – cnotę niezbyt dziś
popularną: POKORĘ, pozwalającą widzieć nasze życie i zadania we
właściwej perspektywie. Paweł VI stwierdza dobitnie: „Kto
korzysta z daru miłości małżeńskiej z poszanowaniem praw
przekazywania życia, ten uznaje, że nie jest panem źródeł
życia, ale raczej sługą planu ustalonego przez Stwórcę”.
Echo pierwszej pokusy
Kryzys współczesnej etyki
małżeńskiej (w jej wymiarze życiowym, nie teoretycznym) ma źródło
w kryzysie ZAUFANIA. Wszystkim, którzy są skłonni widzieć w
niezmiennym stanowisku Kościoła przeszkodę w realizacji szczęścia
małżeńskiego, Paweł VI przypomina jednoznaczne przekonanie
wyrażone przez Sobór Watykański II w „Gaudium et spes”:
„... nie może być autentycznej sprzeczności między Boskimi
prawami dotyczącymi przekazywania życia, a pielęgnowaniem
prawdziwej miłości małżeńskiej”. (GS, 51; HV, 24)
To prawda, że w epoce niespotykanego
wcześniej rozwoju nauk i procedur medycznych związanych z
prokreacją, gdy na każdym kroku podkreśla się autonomię
jednostki w podporządkowaniu sobie natury, trudno zdobyć się na
pokorne uznanie, że nie jesteśmy „panami źródeł życia”,
a tylko – lub aż! – „współpracownikami miłości
Boga-Stwórcy i jakby jej wyrazicielami” (GS, 50). Jeśli
człowiek może dziś farmakologicznie lub innymi środkami
eliminować płodność, jeśli potrafi w laboratoriach powoływać
do życia nowe istoty ludzkie, modyfikować ich system genetyczny,
decydować o ich życiu lub śmierci, to staje na cienkiej granicy
pomiędzy „czynieniem sobie ziemi poddaną” a „brutalną
nagością” – jak pisał niemiecki biblista Alfred Läpple,
który interpretując biblijny opis Upadku, dodał: „Człowiek
zaś, który za podszeptem szatana zapragnął „zdobyć
wiedzę” i „być jak Bóg” musi przyjąć do wiadomości,
że traci dotychczasowe bogactwo, że stoi przed Bogiem i przed sobą
samym nagi i wszystkiego pozbawiony”.
Jan Paweł II, w rozważaniu
zatytułowanym „Prawo życia dał im Bóg w dziedzictwo”,
podkreśla, iż pokorne uznanie służebnej roli małżonków w
dziele przekazywania życia pozwala uniknąć zachwiania właściwych
proporcji pomiędzy „panowaniem nad światem” a
„samo-panowaniem”, dzięki któremu odnajdujemy swe
właściwe miejsce w Bożym Porządku. Reakcje na encyklikę „Humanae
vitae” świadczą o tym, że wciąż nosimy w sobie echo pierwotnej
pokusy podejrzliwości wobec zamiarów Stwórcy. (MT)
|