W zamieszczonym w naszym serwisie wywiadzie ksiądz Cormac Burke mówi: „Również małżeństwa
katolickie zostały skażone tą mentalnością „planowania
rodziny”, do tego stopnia, że nawet w nauczaniu przedślubnym
„zaplanowana rodzina” bywa przedstawiana jako wzór i
norma. Prawdopodobnie wiele katolickich młodych par pobierających
się dzisiaj traktuje naturalne planowanie rodziny jako niezbędny
element życia małżeńskiego (choć nie mają uzasadnionej potrzeby
sięgania po nie) i wiele z nich w swym życiu małżeńskim
doświadcza konsekwencji takiego myślenia.”
W potocznym wyobrażeniu nauka Kościoła
katolickiego o pożyciu małżeńskim sprowadzona została do prostej
opozycji: zakaz antykoncepcji — dozwolone metody naturalne.
Równocześnie rodzicielstwo „planowane” bywa często
przedstawiane jako przykład postawy odpowiedzialności i
roztropności, w przeciwieństwie do „nieplanowanego”, a w
reakcjach na widok małżeństwa otoczonego gromadą dzieci większą
niż troje mieszają się często podziw z pobłażliwym sarkazmem
lub podejrzeniem o patologię. Ma rację ksiądz Burke, zauważając,
że w przygotowaniu przedmałżeńskim za mało akcentuje się
szczodrość w przekazywaniu życia, egzaminując za to narzeczonych
ze znajomości metod NPR.
Pojęcie „planowania rodziny”
rozpowszechniło się w świecie w znacznej mierze za sprawą
założonej w 1952 roku Międzynarodowej Federacji Na Rzecz
Planowanego Rodzicielstwa (IPPF). Pod tą ładnie brzmiącą nazwą
kryje się jednak działalność zmierzająca do propagowania
antykoncepcji oraz aborcji na żądanie. Równocześnie udało
się upowszechnić wyobrażenie, że to my mamy być panami sytuacji,
gdy chodzi o rodzicielstwo. Jak napisał pewien ojciec czworga
dzieci: „Planowanie — nowoczesna obsesja. Pragnienie trzymania
przyszłości we własnych mocno zaciśniętych rękach.”
W naszych publikacjach wielokrotnie
podejmowaliśmy kwestię konieczności przestawienia myślenia z
torów laickich na autentycznie chrześcijańskie, czyli takie,
w którym rodzicielstwo jest traktowane jako podstawowy cel i
dar małżeństwa — polecamy uwadze Czytelników zwłaszcza
zamieszczony w serwisie internetowym LMM tekst „Nieplanowane
rodzicielstwo” lub
przejmujący testament duchowy arcybiskupa Kazimierza Majdańskiego:
„Słuchać Boga, by żyć”.
Ślubujący sobie nowożeńcy
przyrzekają przyjąć potomstwo, którym Bóg ich
obdarzy. Chodzi przede wszystkim o to, że nauczanie Kościoła ma
ponad wszystko charakter pozytywny: dzieci są darem Boga, a nie
wynikiem naszej kalkulacji. Jak przypomniał w adhortacji „Familiaris
consortio” Jan Paweł II: „...podstawowym zadaniem rodziny jest
służba życiu, urzeczywistnianie w ciągu dziejów
pierwotnego błogosławieństwa Stwórcy: przekazywania —
poprzez rodzenie — obrazu Bożego z człowieka na człowieka.”
Również w encyklice „Humanae vitae”, w definicji pojęcia
odpowiedzialnego rodzicielstwa znajdujemy najpierw pochwałę tych
małżonków, którzy po rozważnym namyśle decydują
się na przyjęcie liczniejszego potomstwa, a dopiero później
mamy stwierdzenie o moralnym prawie do unikania poczęcia, z
zastrzeżeniem, że ma się to dokonywać tylko z ważnych przyczyn i
przy zachowaniu prawa moralnego.
W języku potocznym funkcjonują
określenia „metody naturalne” albo „metody naturalnego
planowania rodziny”, zastępowane przyjętym powszechnie skrótem
NPR. Jednak w terminologii międzynarodowej obok „natural family
planning” funkcjonuje inny, nieobciążony balastem skojarzeń z
„planowaniem” (rozumianym w pierwszej kolejności jako
umiejętność unikania poczęcia) termin: „fertility awareness
methods”, co można przetłumaczyć na język polski: „metody
rozpoznawania płodności”. Różnica niewielka, ale
znacząca, ponieważ w drugim przypadku akcentujemy przede wszystkim
wiedzę o płodności i dopiero na takim podłożu możemy budować
styl życia małżeńskiego, w którym świadomość płodności
(fertility awareness) posłuży do jej pozytywnego przyjęcia i
zagospodarowania
Maciej Tabor
|